Autor odwołuje się w nim do poglądów amerykańskiego pisarza Chrisa Andersona, który przewołuje nastanie nowej epoki w globalnej ekonomii. Nazywa ją freeconomics, co można przetłumaczyć jako darmoekonomię. Wedle jego teorii w nadchodzących latach stale zwiększać się będzie ilość produktów i usług za które my, jako konsumenci, nie będziemy płacić.
Jak działa ten mechanizm? Anderson odwołuje się do wybitnego ekonomisty Miltona Friedmana i podważa niektóre z jego twierdzeń, choćby o tym, że nie istnieje coś takiego jak darmowy posiłek:
Friedman mylił się w dwóch względach(...) Po pierwsze to, że coś jest za darmo nie oznacza, że ktoś to rozdaje albo, że będzie trzeba za to zapłacić potem. Możliwe, że po prostu płaci za to ktoś jeszcze inny. Po drugie, w świecie cyfrowym, główne surowce gospodarki opartej na informacji - miejsce na dyskach, moc obliczeniowa i łącza - stają się tańsze z każdym dniem. Dwa z podstawowych ograniczeń występujących w ekonomii zbliżają się do zera. To tak, jakby restauracja mogła podawać lunch nie płacąc za jedzenie i pracę ludzi.
Według pisarza nowe metody marketingowe zmieniają oczekiwania potencjalnych konsumentów, którzy przyzwyczajają się do otrzymywania czegoś za nic.
Anderson zakłada, że Internet, zmniejszając koszty, zachęca przedsiębiorstwa do zarabiania pieniędzy na darmowych produktach i usługach na wcześniej nie widzianą skalę. Ponadto, jego zdaniem, ta zmiana w podaży zmienia popyt - bezpłatne usługi, takie jak Google, Skype, Freeview i Wikipedia wytworzyły generację, która nie tylko nie lubi płacić, ale wręcz oczekuje rzeczy za darmo. Ci ludzie nie zapłacili nic, na przykład, za nowy album Radiohead i dostali ostatni album Prince'a z niedzielnym wydaniem Daily Mail.
Można z tezami amerykanina polemizować, choć nowe, atrakcyjne abonamenty Skype'a wydają się ten trend potwierdzać. A niezależnie od tego, jak potoczą się losy światowej gospodarki, jedno nie zmieni się na pewno. Rozmowy między użytkownikami Skype zawsze będą bezpłatne.









